Przedsiebiorco radź sobie sam..

15 Lut , 2010  

Szlag mnie trafia jak czytam kolejne pomysły rządu (nie ważne czy SLD, PiS czy PO – wszyscy kopią przedsiębiorców po równo). Jaka jest najważniejsza grupa społeczna w Polsce i Europie? MSP! Tak to małe i średnie przedsiębiorstwa dają największą liczbę miejsc pracy i są podstawą systemu ekonomicznego. Jaka grupa jest najmniej wpływowa? Właśnie MSP.

W przeciwieństwie do lekarzy, prawników, policjantów, nauczycieli, itd. nie ma wśród właścicieli MSP związków zawodowych, nie ma strajków (no bo co będziemy nie pracować sami dla siebie?), nie ma także silnego lobbingu czy zastępów prawników którzy mogą toczyć boje z ZUS’em czy UP.

Z tego względu rok do roku pojawiają się nóż to nowe świetne przepisy, które uderzają głównie w MSP. A to obowiązkowe szkolenie pożarowe, a to niespodziewane zmiany VAT, czy dodatkowe koszty pracy.

Ostatnio w prasie i blogosferze pojawiło się sporo informacji i negatywnych ocen, że POIG to marnotrawstwo pieniędzy. A ja powiem tak – jeśli tylko będę mógł to z POIG (i innych dotacji unijnych) korzystać będę. Traktuje to jako rekompensatę stresu i wielu niesprawiedliwości, które jako przedsiębiorca muszę znosić. Przykłady?

Kilka bardziej denerwujących:

  • płacę VAT i dochodowy niezależnie czy kontrahent mi zapłaci czy nie
  • na mnie spoczywa obowiązek odprowadzenia (ponownego) VAT’u, jeśli nieuczciwy kontrahent tego nie zrobi
  • mam 2 firmy (działalności gospodarcze) – płacę 2 * składkę zdrowotną (czy jak ona się nazywa – 300zł /m-c od działalności)
  • idę do lekarza? czy bada mnie 2? nie bada mnie 0, idę prywatnie bo nie mam chorobowego
  • jestem chory? niestety tego nie przewidziano – nie zarabiam, nie otrzymuje zasiłku

Ostatnio do szału doprowadziła mnie informacja, iż w lipcu wraca kwestia zablokowania możliwości odliczania VAT’u od samochodów z kratką (pełnego VAT’u) oraz VAT’u od paliwa.

To przepraszam, czy jak jadę do klienta to ja pracuję czy nie? Jeśli nie to może moje usługi powinny być zwolnione z VAT’u? Przypomnę jakie jest źródło i pochodzenia podatku VAT. Jest to podatek od wartości dodanej. Skoro informatyk pracując u klienta nie tworzy wartości dodanej to proszę o zmianę klasyfikacji usługi informatycznej! Podobnie powinno to dotyczyć wszystkich grup zawodowych, które jadą takim samochodem.

A jaka jest interpretacja i tłumaczenie Ministerstwa Finansów? Budżet państwa stracił w przeciągu 1,5 roku 4 mld zł (dane z pamięci). Stracił?! Traci się wtedy jak się zapracuje na coś i potem źle wyda, ktoś ukradnie. Nie dość, że przez 3 czy 4 lata MF niezgodnie z dyrektywą UE ograniczył prawo do odliczania VAT’u od paliwa, to jeszcze teraz mówi, że budżet stracił?!

Jak w takich warunkach ma prowadzić działalność przedsiębiorca? Najpierw rajd po samochody z kratką na koniec 2009 (od stycznia miał wejść felerny przepis). Następnie okazuje się, iż przepis w ostatniej chwili nie wchodzi. Teraz ma znów wejść. A dlaczego? Przecież miało to być remedium na kryzys, a kryzys Polskę ominął! Proszę odstosunkować się od podatków i zająć cięciem kosztów. Przypomnę, iż każda firma w kryzysie zaczyna właśnie od cięcia kosztów!

A kto stracił? Ja straciłem, każdy właściciel MSP traci, bo:

  • za jego pieniądze lekarz może pracować na 25 etatach w szpitalach publicznych (rozumiem, że medycy mogą sobie dawać w żyłę i pracować więcej, ale 12 etatów?)
  • za jego pieniądze nauczyciele akademiccy „uczą” na 9 uczelniach na raz
  • służby mundurowe idą na emeryturę w wieku 35 lat
  • nauczyciele biorą urlopy zdrowotne
  • prezesi mogą pełnić funkcje w spółkach będąc bezrobotnymi

itd.

Szkoda słów. Czasem nóż się w kieszeni otwiera. Czasem mam ochotę zorganizować strajk ogólnopolski właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw. W sumie co za różnica czy strajkują pielęgniarki czy MSP. Tak czy inaczej płacą te same osoby..

, , ,


23 komentarze

  1. Marcin napisał(a):

    Łukaszu szkoda nerwów, do rozsądku nikomu nie przemówisz ;).
    Zabranie odliczania vat’u od paliwa nie przejdzie bo to gwarantuje podwyższy praktycznie wszystkiego o 22% – a to już nawet nieudolna opozycja byłaby w stanie wykorzystać skutecznie przeciwko rządowi.
    Mam kilku klientów, którzy dostali dofinansowanie i kiedy słucham o ich problemach to taka dotacja potrafi być niezłą szkoła biznesu. Od początku mało uczciwa umowa(zapłacimy jak będziemy mieli kasę) + olewanie ze spłatą = czyli podstawowe problemy przedsiębiorców ;).

  2. Łukasz Plutecki napisał(a):

    No ja bym z tym VAT’em nie był taki pewien. MF jest dość uporczywe w podejmowanych próbach. Jedyne co nas może ocalić w tym roku to wybory prezydenckie…

  3. Websta napisał(a):

    Mam podobne odczucia. Każdemu się w tym państwie coś należy, kasa, luzy, pomostówki, zasiłki, urlop, podwyżki, KRUS, dieta, strajk, ulga… praca i inne rzeczy. Należy, czyli ma to otrzymać za nic. Lekarze piszą petycje o zakaz palenia, co da mniejsze wpływy do budżetu, zwolnienia i inne konsekwencje, a tuż za rogiem już czai się strajk o podwyżki. Stoczniowcom należy się produkowanie statków, choć nikt ich nie chce kupować, a mi się nic nie należy, jak nikt nie będzie kupować ode mnie. ZUS wydaje miliardy na rzeczy, które tak uproszczą życie, że w ramach oszczędności zatrudnią z 10 tys. nowych urzędników i postawią kilka biurowców, żeby ich tam trzymać, a ja nawet jak muszę zacisnąć pasa to i tak prawie 900zł odprowadzę im do kasy.

    Mi się nic nie należy, bo wybrałem bycie przedsiębiorcą, stwierdzając tym samym, że dam sobie radę sam. Nie należy mi się urlop, bo i tak muszę pracować i to nie po 40h/tydzień. Nie należy mi się kredyt jak takiemu, co ma 2 tys. na etacie. Nie należy mi się narzekanie, strajki i opierniczanie się w oczekiwaniu na piątek.

    Z tym, że ja nawet tego nie chcę, co i tak mi się nie należy, chcę tylko… żeby dali mi żyć.

    BTW dziś odkryłem Twój blog i nie mogę się oderwać 🙂

    Pozdrawiam.

  4. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @Websta

    Pamiętaj, że jesteś przedsiębiorcą – czyt. wyzyskiwaczem ludzi pracy!
    HAHA

    Witam, pozdrawiam i zapraszam ponownie
    ŁP

  5. lowca napisał(a):

    zauwaz tylko ze np. wykladowcy zarabiaja na uczelniach publicznych tak smiesznie male pieniadze w przelozeniu na ich kwalifikacje ze to az zal komentowac – nie dziw sie ze chca dorabiac.

    podobnie maja lekarze

    ja jeszcze w trakcie studiow – pracujac 14 godzin tygodniowo – zarabialem wiecej niz moj promotor dostawal z uczelni 🙂 dopiero noz sie w kieszeni otwiera

    z mojej perspektywy bawienie sie we wlasna firme w Polsce jest proste i oplacalne. wiedzy swojej i lekarza z kilkuletnim stazem nie smialbym nawet porownywac a z kolei porownywanie naszch zarobkow nie ma najmniejszego sensu z tym ze tutaj dla odmiany ja wypadam sporo lepiej 🙂

  6. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @lowca – wydaje mi sie, ze żyjemy stereotypami z przed kilku lat. Lekarze, prawnicy i nauczyciele to jedna z najsilniejszych grup społecznych (jednocześnie patrzy się na nich z litością – może nie na prawników), które doskonale potrafią walczyć o swoje prawa.

    W kwestii nauczycieli akademickich (nie mylić z naukowcami) polecam Newsweek 21.02.2010 „Uniwersytet Sp. z o.o.”. Krótki opisze to w oddzielnym wpisie – bo warto. Ale zajawka „Żadna firma, w której pracownicy wybierają sobie szefa, nie utrzymałaby się na rynku” doskonale ilustruje problem.

  7. lowca napisał(a):

    nie zyje stereotypami – mam adekwatne doswiadczenie: moja rodzicielka jest nauczycielka, ja jestem prawnikiem z wyksztalcenia (acz poki co z dzialalnosci gospodarczej ma sporo wiecej); ze publicznym szkolnictwem wyzszym tez jestem zwiazany dosyc blisko 🙂 ino sytuacje lekarzy znam z drugiej reki. O nauczycielach zresztą nie pisałem

    nie wiem skad w wymienionej przez ciebie grupie prawnicy skoro oni i za komuny byli prywaciarzami?? (nawiasem mowiac mit kasiastego absolwenta prawa na szczescie powoli zaczyna ginac…. bo tak rozowo nie jest).

    ten artykul z newsweeka bylem w stanie doczytac do polowy – to jest dopiero gra stereotypami – ze tez ktos sie nie wstydzi publikowac takich bredni… 14 tys na roczne utrzymanie studenta z kieszeni podatnika?? tak sie sklada ze uczelnie publiczne (w odrozneiniu od prywatnych) jako jedyne w Polsce oprocz jednostek rozwojowo-badawczych prowadza badania. Zreszta porównywanie prywatnych uczelni do publicznych mija sie z celem bo te pierwsze rzeczywiscie – nie liczac chlubnych wyjatkow – jedynie „ucza” studentów – tylko nie nalezy mierzyc ich miara panstwowe uniwerki.

    System szkolnictwa wyzszego jest obecnie raczej nijaki – to prawda. (aczkolwiek na UW i UJ odczuwam poprawe). Ale mnie chodzilo o cos innego niz sposob zarzadzania instytucjami panstwowymi – mianowicie sytuacje poszczegolnych grup zawodowych, a tu podtrzymuje swoje zdanie :):

    w naszym kraju przedsiebiorcom jest znacznie lepiej niz lekarzom i wykladowcom – tak pod wzgledem finansowym, jak i przede wszystkim po przelozeniu wyksztalcenia/kwalifikacji/inwestycji w edukacje na owe zarobki.

    sry za przydlugi komentarz 🙂

  8. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @lowca – prawnicy wzieli sie w kontekście grup nacisku – patrz np. kwestie notariuszy.

    Uczelnie jako jednostki badawcze – to ja mam wielkie wątpliwości:
    – po pierwsze trzeba by zrobić np. analizę abc, poderzewam iż największa grupa 70% w ogóle nie robi badań lub robi pseudo badania, 20% robi jakieśtam badania, 5% robi _badania_

    – po drugie to że na wydziale który kształci 10 osób prowadzi się badania to co.. skoro na wydziałach które ‚kształcą’ po 200-300 osób badań się nie robi

    – ja akurat mam doświadczenia i znam uek, politechnikę i agh.. na technicznych badania bywają, na mainstreamowych kierunkach badań nie ma, jest to produkcja mgr, ludzie nie czytają dokładnie prac, nie mają wiedzy praktycznej, nie poszerzają swojej wiedzy itd… liczy się ilość mgr * wynagrodzenie (np. 500-700zł/głowę, jak masz 40 mgr w roku, to masz niezłą premię)

    miałem przyjemność rozmawiać nt. zarządzania projektami z ludźmi z katedry zarządzania – c’mon, czytać książki z przed 20 lat to ja potrafię i nie potrzebuje do tego profesora ani dr hab.

    – kierunki na uczelniach są przestarzałe, uczelnie publiczne skostniałe – w wyniku dyskusji na GL zaproponowałem byłem promotorowi stworzenie kierunku marketing internetowy – promotor (zacny człowiek – szanuje, ale pracuje w środowisku takim a nie innym) powiedział, że fajnie ale w rzeczywistosci UEK szans na stworzenie takiego kierunku w najbliższym czasie nie widzi

    pół roku później na WSE marketing internetowy powstał i to w sensownym wydaniu (mała struktura, bardziej elestyczna, musi walczyć o studentów -> prowadzący to nie doktoranci którym kazano przeczytać co to jest ten marketing internetowy, a specjaliści z kilkuletnim doświadczeniem) itd..

    Moje wnioski są takie, że na najbardziej popularnych kierunkach (socjologia, zarzadzanie, marketing, finanse, psychologia) itd już lub niebawem uczelnie prywatne będą posiadać atrakcyjniejszą ofertę edukacyjną.
    Jeśli idzie o badania naukowe zgadzam się, iż jeszcze długo nie będą takich prowadzić. Na kierunkach technicznych np. uczelnie prywatne nie mają IMHO szans, bo nie zdążyły zgromadzić niezbędnego kapitału by w naukę inwestować, nie mają bazy technologicznej itd…

    Długa dyskusja. Oczywiście, że są świetni wykładowcy i naukowcy (o tych w ogóle nie pisałem) na uczelniach państwowych, ale jest też bardzo nieefektywne i nie rynkowe zarządzanie tymi organizacjami.

  9. miki napisał(a):

    Rozwiejmy kilka mitów o Uczelniach…
    1. To że ktoś pracuje na 9 etatach oznacza, że mamy 9 rektorów, którzy są kretynami (bo nie muszą się na to zgodzić I nic więcej. Prawo powinno być rozsądne. Jeśli będzie zakaz pracy na 2 etacie (własnej firmie), to znaczy, że państwo bierze całą odpowiedzialność za pracownika. A praca akademicka wręcz wymaga aktywności i poszukiwań. Uważam, że obecne prawo jest tu dobre. O 2 etacie pracownik ma obowiązek poinformować (i Rektorowi nic do tego), jesli ktoś ma więcej niż 2 etaty – to Rektor może go zwolnić. Być może warto wprowadzić zasadę, że MUSI go wtedy zwolnić (ponad 3 etaty)
    2. W zasadzie poza jednym etatem pozostałe muszą być sfinansowane rynkowo (czyli nie z Twoich podatków). większość to zresztą zajęcia sobota/niedziela.
    3. W stawkach za prace dyplomowe chyba mylnie wpisałeś zera – za pracę dostaje się ok 100 zł, i jak ktoś ją uczciwie prowadzi, to zarabia znacznie mniej od MINIMALNEJ. Dlatego tez nikt nie chce być promotorem. Wszędzie są też ograniczenia magistrantów i zamiast 700 razy 40 (28.000) masz 100 razy 15 (1.500). chyba deczko mniej.
    4. Do prowadzenia badań potrzebne są pieniądze i możliwości kontaktu z otoczeniem. Jeśli w pracy masz swój prywatny sprzęt, a wyjście na miasto (mamy XXI wiek) jest przywilejem nielicznych, to – wszystkie kontakty stają się prywatne – a nie służbowe.
    5. Dwa lata temu chciałem wymienić mojego IBMa, już pełnoletniego, na nowszego, korzystając z fuchy w przemyśle….
    Cóż, czas fuchy (3 miesiące) to zbyt krotko na przetarg. Zresztą przetarg chciałem na komputer poleasingowy (300 zł – bądz co bądz MOICH pieniędzy), a nie miałem zamiaru kupować za 7.000 kompa wartego 3.000.
    6. Zarobki nie są najgorsze – pamiętaj jednak, że jest to praca w dość trudnych warunkach. młodzież pogimnazjalna to trudny partner, funkcjonujący wg własnych praw. 3 dni temu wychodząc z ostatniego terminu natknąłem się na studenta, który właśnie szedł na egzamin PISEMNY, gdy ten się już skończył.
    I był szczerze zdziwiony, że nie poczekałem na niego….. nie mówiąc już o eleganckim dresie – czyli stroju galowym osobnika.
    7. Czego nie ma na uczelniach? PRAKTYKI….
    Dlaczego? bo nie ma na to czasu
    popatrz na minima programowe…… są kosmiczne
    Gdy zaczynałem pracę w szkole wyższej marzyłem by 50% zajęć prowadzili mocni praktycy. Niestety profesura ma dużo córek i panien do zatrudniania….
    8. Co do projektów…. nie znam tak starych książek – choć pewne narzędzia są ponadczasowe – cóż gdy przychodzi student i pyta o ksiązki, to i tak daję mu BIBLIĘ (np. Kotler z marketingu – bodaj 1966 – oczywiście nowsze są – tyle, że kiedyś trzeba przeglądnąć pierwszą w życiu).
    9. Co do wprowadzania specjalności…. to jest to dramat…. masz interesy i tyle…. w prywatnej to możliwe, bo to elastyczne struktury…. nawet robiąc podypy MUSISZ mieć właściwą kadrę….. A jeśli zaproponujesz sensowne stawki……
    10. A co do kasy – praca sensownego adiunkta, to 1000 zł za dzień (stawka rynkowa), cóż Uczelnia płaci za 3 dni uczciwej pracy. Oszczędza się na wszystkim, tworzy Himalaje biurokracji. Poziom dublowania się procesów (4 wersje sylabusów, 8 sposobów dokumentacji dorobku, 9 wpisów tej samej oceny w różne papiery) zniechęcający….
    11. Na co narzekam? Chyba tylko administracja…..
    Te słynne zdania, ze się nie da…. a jak się da, to ile będę z tego miał…….
    Ludzie zatrudnieni po to by zabijać inicjatywę……

  10. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @Miki – witam na blogu i dziękuje za wnikliwi komentarz.

    Ja trochę nie mogę się zgodzić z kwestiami finansowymi, które opisałeś. Ja mam przykłady ze swojego otoczenia, gdzie dr hab pracujący na UEK (fakt, ze z weekendami) zarabiają 7-10 tys netto…

    Oczywiście sytuacja pracowników niesamodzielnych jest inna.

    Z tego co pamiętam w kwestii prowadzenia pracy dyplomowej (magisterskiej) to ministerialnie na każdego mgr było przydzielone 20 godzin konsultacji. Mnożyło się to razy stawka godzinowa danej osoby. Możesz się odnieść do stawek godzinowych na uczelniach (mgr, dr, dr hab i wyżej?).
    Rekordziści na UEK mieli mocno powyżej limitu który wynosił 3-5 lat temu chyba 14 osób (14 mieli i owszem, ale z jednego rodzaju studiów).

    Problem jest o tyle złożony, że z jednej strony na uczelniach państwowych rektor musi dbać o interesy wykładowców – no bo jest przez nich wybierany. Np. większe znaczenie głosu studentów też sprawy nie rozwiąże. Znów w takich wypadkach wydaje się, iż własność prywatna ma przewagę jeśli idzie o jakość zarządzania..

    Ja osobiście przez chwilę zastanawiałem się czy nie spróbować swoich sił na uczelnie. Pomijam fakt, czy bym się dostał (nigdy nie byłem piątkowym studentem, nie mam też ciotek, wujków itd). Po rozmowie z promotorem dowiedziałem się, że fajnie iż jestem niezłym specjalistom z zakresu sieci komputerowych (wtedy miałem 5 letnie doświadczenie jako administrator i generalnie mogłem zaoferować dużo bardziej przystępną i sensowną wiedzę niż obecnie prowadzący). Pewnie by to się przydało studentom, no ale „Wie Pan powiem szczerze – są juz prowadzący, którzy obsługują te zajęcia, więc musiałby się Pan liczyć, że przez pewien czas prowadziłby Pan inne.”

    W tym momencie dałem sobie spokój. Marketing internetowy na publicznej – myśle, ze jeśli powstanie to ‚dostaną go’ starzy specjaliści od marketingu. Co to jest blog, social media, web 2.0 powie dr z 20 letnim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć pt. sieci komputerowe. Jak na ćwiczeniach trafi się ktoś z zapałem to chawała, chyba że prowadzić je będzie ten sam dr. Acha – no i kierunek powstanie za 10 lat…

  11. miki napisał(a):

    to tak tytułem uszczegółowienia…..
    Kiedyś rzeczywiście tak było….
    Jak zostałem adiunktem miałem stawkę 65 zł za godzinę i 15 godzin za pracę. Wychodziło prawie 1000 zł. Dziś stawka godzinowa to bodaj 40 zł i 4 godziny za pracę. Oczywiście masz prawo mieć dyplomantów za darmo (miewałem, uważam, że jak ktoś chce coś ciekawego napisać, to mogę to zrobić za darmo – bo jest to student, którego na zajęciach do siebie przekonałem).
    Nie wiem czy propozycja przyjścia do pracy w niedzielę w południe na 3 godziny zajęć i zarobienia 120 zł brutto jest dla Ciebie atrakcyjna. I pomyśl, że masz taką żabę raz w miesiącu przez 15 lat….. Allbo robisz to w ramach pensum. Pewnie jak Ty studiowałeś to te 65 zł w weekend było mnożone razy 2 lub 3….. dziś wszędzie jest chyba bez przelicznika.
    Z perspektywy 10 lat pracy na uczelni wolałbym by miec zajęcia w tygodniu i chodzić od 8 do 16 z podbijaniem karty. Zyskałbym masę czasu.
    Cóż pensje w wysokości 7 tys netto są osiągalne dla większości pracowników – wystarczy, że masz etat 3.000 do tego dochodzą stazowy, urlopowe i 13, czyli kolejny 1000, za 200 nadgodzin i dyplomantów dostaniesz średnio też 1000, no i złapiesz jakąś fuchę, grant, podyplomowe itp….
    popatrz na to w taki sposób, że to wynagrodzenie ETATOWE za pracę 7 dni w tygodniu…. jak podzielisz proporcjonalnie to masz już 5 tys netto (przy założeniu, że potrafisz to przygotować i obsłużyć na bieżąco).
    porównaj tą pracę np z lekarzem – ostatnio badano mi gardło – czas od wejścia do wyjścia 72 sekundy….. NFZ zapłacił pewnie 60 zł za wizytę….

    A co do marketingu internetowego…… na mojej uczelni jest 3 adiunktów prowadzących takie firmy (firmę). Uczelnia ma podypy w tym zakresie….
    Zagadka dla Ciebie…. kto uczy na tych podypach?
    czy panienki z plecami, które szukają „dowolnego klawisza”, a hasło do kompa mają wpisane na tapecie, czy też ci wyrobnicy marketingowi?

    A co do tego co ma byc na uczelniach ministerialnie a jest w rzeczywistości….
    od 10 lat wprowadzamy standardy kształcenia. Mamy je tak ostre i wydumane, że chyba już system ECTSów nie działa (student ma mieć minimum, a nie semestr za granicą). Przez 10 lat bardzo ostro zwalczano praktyków na uczelniach. Dziś zaś ministerstwo opowiada, że uczelnia ma współpracować z przemysłem.
    Powiem tak – w 10 letniej karierze sporo z przemysłem współpracowałem. ANI JEDEN kontakt nie wynikał z pomocy uczelni, można by nawet stwierdzić, że odbywały się one MIMO pracy na uczelni.Oczywiście ani jednej fuchy przez uczelnie nie przepuściłem….. jesli mam płacić 30% zlecenia i dostosowywac się do idiotycznych zasad, to ja dziękuję wolę zarobić 100% i odebrać 100% zapłaty, i nie są mi potrzebne 2 panny do obsługi, które nic nie wiedzą, ale kasy trochę za nic z chęcią by wzięły……

    A co do wpływu studentów na programy i uczelnie….. To co piszesz jest lekko naiwne…… o programie rozstrzyga ministerstwo. I bron Boże programy nie są ukierunkowane na wiedzę praktyczną……
    Niestety

    ale praca ze studentami daje dużo satysfakcji

  12. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @miki – jeszcze raz dzięki za uwagi.

    Co do studentów – trochę się nie zrozumieliśmy. Ja pisałem o wyborze władz. Osobiście też uważam, ze wybór władz przez studentów nie jest znacząco lepszy bo studenci mają ograniczona perspektywę, małe doświadczenie w zarządzaniu i bardziej ich interesuje (tak generalnie) koszt wejścia na basen, długość przerwy świątecznej, kto zagra na juwenaliach itp.
    Poziom kształcenia i owszem – w długim czasie wraca.

    Chciałem także zauważyć, iż zarobienie 7 tys to nadal sporo. Wielu dyrektorów którzy pracują 50-60 g / tydzień przy znacznym stresie i odpowiedzialności za ludzi (od organizacyjnej po karną) ma problem z osiągnięciem 7 tys.

    Także zarobek 7 tys jako właściciel firmy to nie jest standard i trzeba wiele godzin pracy, stresu oraz podjęcia olbrzymiego ryzyka dotyczącego własnego majątku…

    Ja osobiście pracuje średnio 60 godzin w tyg. Codziennie muszę mieć wiedzę z marketingu, zarzadzania projektami, firmą, finansów i księgowości, negocjacji, prawa, pr’u, itd.
    Przyznam szczerze, iż na uczelniach spotkałem autorytety z ekonometrii, ekonomi, finansów przedsiębiorstw, prawa handlowego – ludzi z wiedzą teoretyczną i praktyczną.
    Natomiast marketing, zarzadzanie, hr, zarzadznanie projektami, pr, it – ręce opadają.

    Oczywiście wszędzie są wyjątki od reguły. Pewnie jeśli się obejrzysz do wokół, to stwierdzisz, iż za połowę ‚wykładowców’ jest Ci wstyd. Nie przeszkadza im to przesmradzać się na uczelni, czytać głupoty na zajęciach i zarabiać 5-8k/m-c przy stresie.. no właśnie porównajmy z innymi stres i odpowiedzialność.

    Według mnie podobnie jak w medycynie, do czasu aż nie pojawi się konkurencja, wolny rynek i prywatna własność będzie jak będzie. A wyjątki – ludzie z powołaniem i chęciami – będą tylko potwierdzeniem reguły i wyznacznikiem jakby mogło być w normalnym świecie.

  13. miki napisał(a):

    tak się zdarzyło, że wśród moich wychowanków (zaoczni) mam około 10 osób, które są lub były topmanagerami i to raczej w wielkich jak na krajowe warunki firmach…..
    I rzeczywiście ich zarobki (bez tipa na koniec roku) często były porównywalne z moimi. Oczywiście moje mniejsze, ale bez kompleksów. Zresztą gdy kiedyś, w czasie jakiejś imprezy powiedziałem o tym (ludzie wy odpowiadacie za firmę o obrotach w mld dolarów, a ja nie mam ani odpowiedzialności ani presji), to o dziwo komentarze były bardzo mi pochlebne.
    Zresztą do dziś średnio raz na miesiąc jem obiad czy kolacje w jakimś mafijnym pomieszczeniu i udzielam „rad” co ja bym zrobił….. Część z nich potem oglądam w praktyce, a część idzie do śmieci….
    Sądzę, ze mam znacznie wyższe kompetencje (przepraszam za nieukrywany brak skromności) od nieuka z Ernstów czy innych KPMG, który prawie absolutnie nic nie umie……. Oglądałem kilka ekspertyz za setki tysiące złotych, których wstydziłbym się komukolwiek pokazac gdyby były moje, a już na pewno wysłałbym je mailem bez konieczności płacenia za moje domniemania. ulubiona ekspertyza dotyczyła umiejętnego zliczania komórek przez excella (serio). 3 strony – że dobrze dodał, i 80.000 plus vat…..
    A co do moich kolegow i mnie samego…… Jeśli miałbyś co roku 2 nowe przedmioty, z tego o jednym nie masz bladego pojęcia…… to nauczenie tego trwa dwa lata…. i zawsze podchodzę do DEBIUTU z nowym przedmiotem – na wesoło, bo inaczej się nie da…..
    A że czasem cierpią na tym studenci…… przepraszam inaczej się nie da. Zresztą studentom wszyscy robimy krzywdę. Bo mówimy im, że są świetni, a większość z nich to już niestety kiepscy kandydaci na magistrów.
    a co do wyboru Rektora, to albo powinien to robić minister (przepraszam za zniewagę, mądry minister, w tej branży zjawisko niezbyt częste) albo rada profesorów. Wybieranie Rektora przez administrację, adiunktow i asystentów to paranoja.
    A tak a propos projektów, to byłem na jakimś spotkaniu na elektrycznym (?) na AGH ze 2 lata temu, i występowali ludzie z Motoroli oraz jakiś bardzo znany człowiek z AGH i omawiali coś co ja nazywam wykorzystanie zasad lean management w projektach IT, a Ty pewnie nazwiesz techniki agilowe…. Więc ktoś coś jednak robi, i ktoś czasem przyjdzie i posłucha.
    I jeszcze jedno. Na całym świecie mały przedsiębiorca zarabia mniej niż lekarz czy nauczyciel akademicki. Ty masz szczeście działać w branży, ktora po roku zapewnia godziwy byt (mam też jednego studenta, który ma podobna firmę, po roku zatrudnia 8 osób….. z budzetem małym….. ale to początek).

  14. Łukasz Plutecki napisał(a):

    Osobiście uważam, iż w mniejszych firmach pracują bardziej wszechstronni i kreatywni ludzie niż w dużych. Ale to subiektywna opinia.

    Oczywiście są korporacje innowacyjne i wyzwalające kreatywność (Google, Apple, studia filmowe, itd), ale to wyjątki. Poza tym sztampa.

    Odpowiedzialność co ciekawe nie idzie w parze z ilością usd na kontrakcie. Te bardzo duże kontrakty podpisywane są najczęściej przy asyście zastępów prawników, analityków i po dyskusjach i klepnięciu w wiekszym gronie (np. na zarządzie). A wiadomo jak wszyscy byli za, to winnych nie ma.

    Paradoksalnie najwięcej stresu wydaje mi się, iż jest w małych i średnich firmach. Jednocześnie wielkie korporacje bardzo tłoczą ludzi i pozwalają im operować w ściśle określonych szablonach postępowań, zgodnie z przyjętymi procedurami itd.

    To co piszesz – ok. Zgadzam się. Fajnie, że na AGH na wydziale elektronicznym (?) coś się dzieje. Pojawiają się inicjatywy. Tylko czy my nie cieszymy się, z tego że na drodze krajowej z Krakowa do Warszawy na odcinku 20 km nie ma żadnej dziury?
    Czy nie byłbyś szczęśliwy na uczelni, której szef jako najważniejsze uważałby jakość szkolenia? Gdzie najlepsi wykładowcy (nie ważne od tytułu i stażu) dostawaliby najlepsze pensje?

  15. Łukasz Plutecki napisał(a):

    ps.
    Możesz przekazać radę swojemu studentowi „można mieć duże stado i mało mleka i małe stado i dużo mleka” 😉

    To tak z doświadczenia własnego.

  16. miki napisał(a):

    Powiem mu…. ostatnio był dumny jak paw bo podpisał pierwszy kontrakt 5 cyfrowy…..
    Oczywiście wielka korporacja (na wylot znam jedną, i kilka firm córek), to jednak większa odpowiedzialność… cóż jest kryzys, i trzeba tym 4000 osób zapewnić pieniądze trzeba na to 15 milionów, przy marży 10-20% trzeba sprzedać za 200 mln…… A jak w połowie miesiąca masz sprzedaż 10 mln….. TO STRACH.
    Oczywiście kreatywność w dużej firmie brzmi jak uczciwy polityk – szkoda rozwijać….

    A co do szkół wyższych. Studiowałem na 4, zaliczyłem elitarne studia doktoranckie na zachodzie czy fajny licencjat w prywatnej szkole na zachodzie….. i obiektywnie powiem że tak żle u nas nie jest.
    Zachód uczy idiotów prawidlowych reakcji (licencjat), my ich dalej szkolimy na naukowców….. niepotrzebnie.
    poziom studiow doktoranckich był ok….. poziom doktorantów….. dramatycznie niski. Znowu nieskromnie – inteligentne jednostki z europy wschodniej wychowane w dobrej komunistycznej szkole i miejscowi idioci….. Na 50% zajęć – wystarczyło przeczytać tekst i go inteligentnie (szeroko) zinterpretować…. prowadzący byli zachwyceni.
    A wracając do pieniędzy – moja kiedys ulubiona studentka, po licencjacie, po 5 latach pracy zarabia w dużej firmie ponad 8000 brutto. Co prawda sposoby w jaki zdobywa podwyżki jakoś mi nie przypadają do gustu, jednak coś jeszcze umie robić, jesli jej tyle płacą…..Więc jesli potrafimy wykształcić ludzi, zalatwić im prace (przepraszam tylko Kempa i Wasermann nie słyszeli o nepotyżmie), to chyba powinniśmy zarabiac przynajmniej tyle co nasi studenci…..
    A czy uważam że najlepsi powinni byc najlepiej opłacani? nie wiem – chyba jestem za urawniłowką….. jakoś jestem święcie przekonany, że aktualny materac profesora będzie tu miał wtedy najwyższe noty……

  17. Łukasz Plutecki napisał(a):

    Ja niestety studiowałem tylko w Polsce – wynikało to z faktu, iż całe studia (dzienne) pracowałem i szkoda mi było odchodzić z firmy..

    Jeden z dziwniejszych dr jaki spotkałem, a jednocześnie z doświadczeniem zawodowym na uczelniach w US podkreślał – na studia w Stanach przychodzą idioci. Z tym, że oni przez całe studia uczą się pracować. Wy narzekać, że macie do zrobienia 1 duży projekt w ciągu roku, a oni robią 5. Efekt jest taki, że oni wychodzą z dorobkiem 30-40 projektów, a Wy 3-4. Oni umieją pracować zespołowo, wykorzystywać jakieś tam praktyczne umiejętności, Wy już gorzej.

    Znajomi którzy wyjeżdżali na stypendia to potwierdzali. Francja, Niemcy – tam się pracuje w zespołach i robi projekty. Na AGH’u jest trochę lepiej, bo wiele ćwiczeń ma charakter laboratoryjny.

    Ja kończąc studia ‚biznesowe’ sztuki prezentacji, wiedzy na temat wielokulturowości, prowadzenia spotkań nauczyłem się przypadkiem na angielskim. Przypadkiem bo trafiłem na świetnego lektora z doświadczeniem biznesowym.

    Inni tego szczęścia nie mieli i kończąc studia na prezentacji ‚pykali’ sobie długopisem lub świecili rzutnikiem po oczach. O zgrozo nie była to przypadłość jedynie studentów ale i niektórych wykładowców…

    A tu trzeba zmian systemowych, a nie szczęścia do wykładowcy.

  18. miki napisał(a):

    Ładnie to ująłeś. Mam podobną opinię, że tamtejsi studenci są uczeni do pracy, a nasi po studiach mają miec rozległą wiedzę umożliwiającą podjęcie pracy w każdej firmie na dowolnym stanowisku.
    niestety bardzo mądre i inteligentne minima programowe wykluczają robienie złożonych i wymagających szerokiej wiedzy projektów, szczególnie wtedy gdy studiujące dzieci się tym nie interesują (50% studentów akurat się zgubiło, i tutaj się przez przypadek wpisało)
    Prowadzę różne przedmioty, często robię ocenę zajęć przez studentów i ze zgrozą stwierdzam, że im zajęcia są bardziej praktyczne – tym częciej studenci twierdzą, że są mało przydatne (a praktyka dotyczy prawie wyłącznie fuch które w realnym świecie robiłem i robię).
    A już przełożenie wąskiej wiedzy na SZEROKIE wody to dramat.
    Jesli zrobisz studentom burze mózgów pt jak wbić gwóżdż do ściany nie mając narzędzi, to dzieciaki na egzaminie napiszą, że burzę mózgów (rekordzista bóża muzgu – nigdy czytał, więc jak to zapisać) stosujemy jeśli chcemy wbić gwóżdz do ściany a nie mamy młotka…. I to napiszą serio….
    A co do organizacji prac projektowych – niestety jak mam 9 godzin i 160 osób na sali, to taka praca sensu nie ma – projekt wymaga pracy, systematyki i czasu.

    Na koniec fajna przypowieść o studencie (nie moim, ale kolegi).
    Chłopak pisał bodaj pracę inżynierską używając często słowa montaż.
    Oczywiście pisał montarz.
    Za którymś razem kolega zapytał studenta z jakiego programu korzysta przy pisaniu pracy…..
    W odpowiedzi otrzymał najbardziej znane narzędzie.
    Kolega drążył dalej i zapytał czy przypadkiem to słowo nie jest podkreslane na czerwono.
    Oczywiście było podkreslane.
    Kolega nie ustepuje i pyta a dlaczego jest podkreślane?
    Tu student rozwiał wszystkie wątpliwości….. przecież w mojej pracy ono jest ważne, więc dlatego podkresla…..
    miłego dnia

  19. Łukasz Plutecki napisał(a):

    @miki

    Oczywiście problemów jest wiele. Studenci wiadomo jak studenci. Tylko, że ja nie znam nikogo kto wyszedł ‚z pustymi rękami’ z lektoratu z angielskiego.

    Natomiast przedmiotu typu podstawy zarządzania, historia myśli ekonomicznej, ekonomia matematyczna (utrzymywana tylko dlatego że skądinąd specjalista wspaniały od em lubił prowadzić te zajęcia) to była dla nas „masakra”.

    Tak więc podstawa to chcieć i umieć sprzedać wiedzę. Z drugiej strony musi być chęć przyjęcia tej wiedzy i zrobienia z niej użytku.
    Tylko, ze np. u nas bardzo często serwowano sesje wykładów i jakiś arcy nudnych i męczących zajęć. Potem jak ktoś trafił (o 16.30) na zajęcia z projektowania SI, to marzył jedynie o miejscu w kącie przy kaloryferze…

    Rozumiem, że wykładowca który jest miotany z jednego przedmiotu na drugi co 1-2 semestry, ma przeładowany grafik (bo też chce zarobić – normalna sprawa), nie ma warunków.

    Tylko do czego wracamy? Do tego, że średnia (o ile Newsweek nie okłamał) skądś się wzięła (12 tys / semestr studenta). Że władzom nie zależy na jakości kształcenia, a na ilości (bo za to płaci ministerstwo). Że wykładowcom zależy na wyborze rektorów którzy będą chronić ich interesy. Że ich interesem nie jest świadczenie najlepszych usług edukacyjnych, a zarabianie jak najwięcej przy najmniejszym wysiłku (np. bazując na elaboratach które napisali 10 lat temu).

    Do takich uczelni trafiają ludzie, którzy potem zakuwają książki nie rozumiejąc po co. To, że wybrali uczelnie i kierunek zupełnie bez sensu, to sprawa inna…
    W tym wszystkim zdarzają się wyjątki (zarówno wykładowcy jak i studenci), którzy miotają się w jakimś błędnym tańcu…

    A na końcu nie chce pisać kto za to płaci…

  20. Cezary Tomczyk napisał(a):

    Na pewno nieco łatwiej by było przedsiębiorcom, gdyby:

    1. Księgować można było tylko dokumenty zapłacone, a co za tym idzie np. VAT odliczać tylko od zapłaconych faktur.

    2. Odsetki wystawiane obowiązkowo przez każdego. Nie ma wówczas mowy czy znajomy czy nie, czy wielka sieć czy nie.

    3. Uproszczone formularze: po co np. n razy co miesiąc w dokumentach pisać NIP.

    4. Podatki powinny być płacone tylko w momencie zaistnienia transakcji. A nie wystawiasz faktur X i od wszystkich płacisz podatek, choćbyś nie otrzymał należności.

    To tyle z mojej strony do dość dawnego wpisu.

    • Łukasz Plutecki napisał(a):

      @Cezary – przedsiębiorcom byłoby łatwiej, ale Ministerstwu Finansów i Skarbu – zapewne dużo trudniej (czyt. Przedsiębiorco radź sobie sam!)

      • Cezary Tomczyk napisał(a):

        @Łukasz – rozumiem, że w sensie zabrano by im w dużej części robotę, bo teraz pracują nad tematami, które nigdy nie zaistniały (czyt. przedsiębiorca wystawił fakturę VAT, nie dostał zapłaty, ale podatki się należą; no to trzeba je jakoś wyegzekwować; no i jest robota);

        • Łukasz Plutecki napisał(a):

          W sensie – teraz mają dochody, a płynnością i odzyskiwaniem należności martwi się przedsiębiorca. Wtedy MF i MS miałoby problem – czyt. mniejsze dochody.

          Teraz jest tak, robisz robotę, wystawiasz fakturę, placisz 23% VAT-u i 18/19% dochodowego. Jak nie dostaniesz kasy to jesteś w plecy 22% + 19% plus koszty pracy, materiałów itd.

          Możesz się bujać po sądach, starać odzyskać należności, itd. A MF i MS mają swoje 32%!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *